»Luigi’s Mansion – Recenzja (3DS)

W 2001 roku, gdy Luigi’s Mansion zdobywało triumfy na Gamecube, ja, mając zaledwie 3 lata odkrywałem świat gier na popularnym wówczas Pegasusie. Jako młodszy z dwóch braci, będąc skazany na postać Luigiego w pierwszym „Super Mario Bros.” zżyłem się niesamowicie z tą postacią, która do dziś jest jedną z moich ulubionych postaci w grach. Więc, kiedy kilka lat później usłyszałem o Luigi’s Mansion, gra urosła w mojej głowie do rangi Świętego Graala gamingu (jednego z wielu, żeby nie było niedomówień). Przez x lat obserwowałem oferty na „kostkę Nintendo” w zestawie z Posiadłością Luigiego. W międzyczasie dorobiłem się własnego 3DSa, dlatego kiedy Nintendo ogłosiło w tym roku wersję gry na tę konsolę, byłem podekscytowany, a jak otrzymałem grę do recenzji, pochłonęła mnie całkowicie.

W Luigi’s Mansion wcielamy się w młodszego z braci Mario – Luigi. Spotykamy go, gdy z mapą w ręku zmierza do wygranej posiadłości w konkursie, w którym nie brał udziału. Wcześniej jednak udał się tam Mario, długo nie dający znaku życia. Na miejscu okazuje się, że posiadłość jest siedliskiem wszelakich duchów. Po drodze Luigi spotyka profesora E.Gadda – zajawionego na punkcie zjaw naukowca, którego kolekcję wcześniej wymienionych upiorów wypuścił King Boo. I ta oto kolekcja nawiedza posiadłość, która swoją drogą pojawiła się znikąd. Wspomniany profesor uczy Luigiego sztuki łapania duchów i wręcza mu Poltergust 3000 – wsysacz inspirowany tym z Ghostbusters.


Nawiązań można tutaj znaleźć sporo, poza wspomnianymi Łowcami Duchów, na pierwszy plan wyłania się Resident Evil. Cała gra opiera się na podobnej zasadzie – eksplorowaniu ogromnej rezydencji i rozwiązywaniu zagadek logicznych, by otworzyć drzwi do następnych jej części. Tutaj jednak zagadki polegają na umiejętnym łapaniu latających zjaw, a nie odnajdywaniu przedmiotów czy kluczy. Poza tym akcję oglądamy z boku, można wręcz rzec, że z perspektywy ściany, której nie widzimy, chyba że obserwujemy ją przez kamerę naszego GameBoya Horror. Owa maszyna jest naszym PDA, w niej widzimy ile duchów złapaliśmy, ile pieniędzy zdobyliśmy, możemy otworzyć mapę posiadłości. Maszyna jest wyświetlana na dolnym ekranie 3DS’a. Jest to pierwsze usprawnienie względem wersji z Gamecube, gdyż możemy w locie przełączać się między mapą i statystykami. Duchy dzielą się tutaj na regularne i „sławne”. Te regularne są najprostsze do złapania, wystarczy oślepić je latarką i wessać do naszego Poltergusta. W przypadku tych sławnych, musimy się nakombinować, aby zepsuć ich nawyki (dopiero wtedy możemy je złapać). W tym zaś pomoże nam całkowicie interaktywne otoczenie, którym możemy manipulować za pomocą naszego wsysacza. W późniejszych etapach otrzymujemy jego modyfikacje, które pozwalają nam miotać ogniem, wodą lub lodem. Za wyłapanie wszystkich duchów w pomieszczeniu dostajemy skrzynkę, w której są ukryte pieniądze lub klucze do następnych pomieszczeń. Klucze możemy zdobywać także eksplorując otoczenie, ponieważ ukryte są na każdym kroku. To one spełniają rolę systemu punktowego, im więcej kluczy, tym lepszy rating dostaniemy na końcu gry.


Wersja na 3DS to remake, jednak odpowiednio obrzydzony, by sprostać mocno obecnie ograniczonemu sprzętowi. Panowie z GREEZO dali radę, gra na najbiedniejszym modelu 3DS’a działa beż żadnych zacięć, a loadingi są bardzo szybkie. Poza tym, dodany został co-op, działający ad-hoc. Jednakże sam nie mogąc go przetestować, pragnę poinformować, że istnieje. Największym problemem tej wersji jest jednak konstrukcja 3DS’a – brak jednej gałki analogowej i kilku przycisków wymusił na twórcach remaku kompromisy. Drugą gałkę zastępuje tutaj sterowanie ruchowe, działa dobrze, jednak mniej precyzyjnie, niż gdyby zostało zastąpione gałką. Jednakże testowałem grę na 2DS’ie i na 3DS’ach z Circle Padem Pro oraz na new 3DSach, gdzie sterowanie mogłoby zadziałać lepiej.

Luigi’s Mansion to pokaz geniuszu Nintendo, tylko ono z tak prostej w założeniach gry potrafi zrobić coś idealnego. Na każdym kroku czuć dopieszczenie, produkcja praktycznie w ogóle się nie zestarzała i po 17 latach nadal bawi. Niestety gra jest krótka, według Activity logu dojście do końca zajęło mi 9,5h. Osobiście polecam poczekać na pierwsze przeceny, ponieważ teraz nie opłaca się w nią zaopatrywać. Posiadacze wersji z Gamecube również nie mają czego szukać, remake to praktycznie ta sama gra 1:1. Jednak jeżeli nigdy nie graliście w tę perełkę, to gorąco polecam.

Plusy
  • Technicznie udany remake
  • To praktycznie ta sama gra co na Gamecube
  • Tryb co-op
Minusy
  • Mało nowości względem wersji z Gamecube
  • Krótka
  • Miejscami skopane sterowanie

Ocena końcowa: 9+/10

Dziękujemy firmie Conquest Entertainemnt za udostępnienie egzemplarza gry!

Autor: Pojler
Data: 7 listopada 2018, 23:24

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *