»EZkon: Łan-Pancz Edition – relacja

Naprawdę, naprawdę lubię jeździć na konwenty mangowe. Ezkon: Łan-Pancz Edition jednak odbył się w niefortunnym dla mnie terminie – zaledwie tydzień po łódzkim Ućkonie i trzy tygodnie po wrocławskim Love Anime! – więc mój konowy głód był tymczasowo zaspokojony i EZkonem aż tak bardzo się nie ekscytowałam. Udało mi się jednak zwlec z łóżka w ten sobotni poranek, żeby zobaczyć, jak ten mały zlot wypadnie. Uczucia miałam mocno mieszane. Z jednej strony Stowarzyszenie Animatsuri bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło ostatnim Hellconem, po którym nie spodziewałam się niczego dobrego, a wyszedł naprawdę fajnie, z drugiej – plan atrakcji ich najnowszego konwentu nie nastawiał pozytywnie, tak samo jak konwencja, która niespecjalnie mnie obchodziła. Dodatkowo, nie licząc wyżej wspomnianego wyjątku, ostatnio konwenty niespecjalnie ekipie Animatsuri wychodzą.
Wyszłam z domu z wieloma obawami. Jak się jednak okazało… e, w sumie to nic się nie okazało. Prawie wszystkie się sprawdziły.

Z reguły lubię być na miejscu na godzinę przed konwentem, ale tym razem wiedziałam, że pojawienie się w szkole wcześniej będzie stratą czasu. Na miejscu nie mogłam się spodziewać ani rzeczy do roboty, ani moich znajomych, bo większość z nich sobie konwent bez żalu odpuściła. Na EZkon dotarliśmy więc ze śpiochem, odpowiedzialnym za robienie zdjęć, które możecie zobaczyć poniżej, nieco po jedenastej, kiedy pierwsze atrakcje już się rozpoczęły.
Podróż była nietypowa. Każdy potwierdzi, że podczas jazdy na konwent nie sposób nie trafić na mangowców z przypinkami, kocimi uszkami, kolorowymi włoskami et cetera – typowi ludzie udający się w to samo miejsce, co my. Tym razem nie widzieliśmy nikogo, kto pasowałby do rysopisu, czy nawet po prostu kogoś, kto jechałby z nami w stronę conplace’u. W oczy nie rzucił nam się nikt nawet po dotarciu na miejsce: nie tylko nie było żadnej kolejki, ale też szkoła nie wyglądała na taką, w której miałoby się odbywać cokolwiek – nikt nie stał przed drzwiami czy nie kręcił się koło budynku.

Myślę, że zwątpiłabym w swoje umiejętności czytania ze zrozumieniem i stwierdziłabym, że chyba pomyliłam miejscówki, gdyby nie to, że w końcu podróżowaliśmy do Maczka na Gwieździstej. Jest to szkoła, z którą Stowarzyszenie ma dobre kontakty, hostuje w niej obecnie wszystkie swoje konwenty (co ma się zmienić wraz z Animatsuri 2016, ale nie o tym teraz) i której każdy ma już mniej lub bardziej dosyć. Nie zrozumcie mnie źle – nigdy nie było w niej nic złego, po prostu zdążyła się już znudzić wszystkim, którzy jeżdżą na konwenty tej ekipy. I myślę, że samej ekipie również.
Jednym z większych minusów Maczka była również wpadka, która nigdy wcześniej nie miała w nim miejsca – brak pryszniców. Co prawda nie było winą samego Animatsuri to, że miejsce, w którym są położone zostało uznane za niebezpieczne (no cóż), aczkolwiek nie udało się załatwić żadnej alternatywy, tak więc konwentowicze mieli do wyboru albo nie myć się w ogóle, albo korzystać z obecnych na konwencie umywalek.
Ze względu na tę sprawę i mały rozmiar konwentu, wyjątkowo zostały wykorzystane tylko dwa piętra. Myślę, że nikt nie miał nic przeciwko – dzięki temu wynajęcie szkoły kosztowało mniej, a prosta budowa korytarzy sprawiała, że poruszanie się po conplace’ie było łatwiejsze niż kiedykolwiek. Nie słyszałam też żadnych narzekań na temat braku miejsca.

Po wejściu do szkoły czekała na nas akredytacja (na której spędziliśmy trochę czasu, jednak nie z winy organizatorów, a przez drobne komplikacje wynikające przez to, że za za późno dostaliśmy kod na aktywowanie medialnych wejściówek – na ciebie patrzę, Mkali) i kilka uczestników. Kiedy dostaliśmy standardowy zestaw konwentowy – informator, rozpiskę paneli i konkursów, opaskę i identa – od razu rzucił nam się w oczy rozmiar planu atrakcji. Animatsuri znane było z drukowania ich na kartkach A3, bo inaczej ciężko byłoby pomieścić wszystko, co zostało dla uczestników przygotowane. Tym razem dostaliśmy miernie wyglądającą przy poprzednikach kartkę A4.

A wspominam o tej w sumie kosmetycznej kwestii dlatego, że trafnie przedstawia ona kwestię atrakcji na konwencie: było ich znacznie mniej niż zwykle, a te, co były, specjalnie nie zachwycały. Jakimś cudem udało mi się zapełnić mój harmonogram tak, że przez większość czasu się nie nudziłam, ale mimo wszystko jestem osobą, która chwyta się najbiedniejszych czy najmniej interesujących mnie paneli, byleby mieć co robić. Wiem, że znaczna część konwentowiczów ma inne podejście i kompletnie rozumiem, dlaczego sporo moich wyżej wspomnianych znajomych nie zjawiło się na tym wydarzeniu – po prostu skrajnie by się wynudzili.

Kiedy jakiś czas temu, na Hellconie, rozsiedliśmy się w sleepie dla twórców atrakcji, zwróciliśmy uwagę na to, że jest on prawie pusty – bardzo mało atrakcjonistów było spoza ekipy, a sami ekipowcy spali jeszcze gdzie indziej. Tym razem sleep roomu dla twórców atrakcji nie było w ogóle; zresztą, kiedy zwróciłam uwagę na ksywy prowadzących atrakcje, dotarło do mnie, dlaczego tak jest. Prowadzdących nie należących do Animasturi było skrajnie mało, czyli – jak mniemam – zainteresowanie konwentem również było bardzo słabe, co tłumaczy niewielkie tłumy w sobotę i niedzielne wymarcie. Stowarzyszenie musiało więc poradzić sobie w inny sposób, samemu produkując jak największą ilość atrakcji.

Od jakiegoś czasu wiele osób narzekało na powtarzalność planu Animatsuri; że z konwentu na konwent jest cały czas to samo, że wszyscy już to widzieli, i przez to nie ma co robić. Muszę jednak przyznać, że na EZkonie wiele atrakcji widziałam pierwszy raz, recylking nie był więc problemem konwentu. Problemem była jakość planu atrakcji.
Wiele paneli, które odwiedziłam, było przeprowadzone naprawdę słabo, twórcy albo nie mieli pojęcia o tym, o czym mówią, albo w tragiczny sposób przeprowadzali atrakcje. Nie oczekuję samych wybitnych punktów programu, wręcz przeciwnie – często bawię się dobrze na tych słabych, ale nie tak było tym razem. Znaczna część atrakcji, na których byłam, wypadła po prostu nudnie, nieciekawie i ogólnie rzecz biorąc słabo, tak więc nawet, jak w planie było coś, co mnie zainteresowało, to i tak nie dostarczało mi to rozrywki.

Oczywiście nie wszystko było źle przeprowadzone. Nieźle bawiłam się na dobrych metorycznie panelach o sakudze czy pionierach anime, fajnie wypadły również konkursy takie jak Jeden z dziesięciu czy Co to za logo – co prawda nie brałam w nich udziału, ale miałam frajdę razem z uczestnikami.
Niestety niewiele atrakcji mogę ze szczerego serca pochwalić. Z paru powychodziłam w takcie, wskutek czego miałam więcej dziur w planie niż myślałam, że mieć będę. Na szczęście z pomocą przychodził j-games room, do którego przekonałam się zaledwie tydzień wcześniej, podczas niewiele lepszego Ućkonu, gdzie z nudów nauczyłam się grać w mahjonga i opanowałam podstawowe sztuczki na kendamie. Spędzanie w ten sposób czasu polecam każdemu, nieważne, jak bardzo zrażeni bylibyście do tradycyjnych japońskich gier – po raz kolejny zabiłam trochę nudy w bardzo przyjemny sposób, a rozmowy ze znajomymi organizatorami pomieszczenia – Kurizu i Wrzaskiem – jak również innymi obecnymi w j-gamesach dodatkowo umiliły mi oczekiwanie na kolejne atrakcje.

Warta pochwały była również zainspirowana One-Punch Manem konwencja – superbohaterowie w krzywym zwierciadle. Animatsuri jest jedną z niewielu ekip, które naprawdę przejmują się motywem konwentu i trzeba przyznać, że była ona naprawdę widoczna i obecna. Na ścianach były porozwieszane komiksowe obrazki i podobizny superbohaterów, w klimacie było również wiele atrakcji i oczywiście LARP, który co prawda mnie nie interesował, ale na który jak zwykle poszła masa czasu i zainteresowania organizatorów – z tego, co wiem, to wypadł fajnie.

Godziny mijały, aż w końcu ucięliśmy sobie czterogodzinną drzemkę. Po pobudce i odwiedzeniu jeszcze paru miernych atrakcji okazało się, że EZkon po prostu wyludniał. W salach siedziały po trzy osoby, a na korytarzach nie było nikogo widać. Rozumiem, kiedy taka sytuacja ma miejsce w nocy, ale w niedzielę rano, w okolicach dziesiątej, konwent raczej nie wygląda aż tak martwo.
Wydarzenie zaczynało cierpieć na wyludnienie już w sobotę po 23, kiedy to osoby z jednodniowymi wejściówkami wróciły do domu a część konwentowiczów poszła spać, ale nie spodziewałam się, że wraz z nastaniem poranka ten stan dalej będzie się aż tak utrzymywać.

Ale w sumie nie dziwię się osobom, które szybko opuściły konwent. O 9:30 skończyła się ostatnia atrakcja, która mnie interesowała, i sama stwierdziłam, że nie ma co siedzieć na konwencie, na którym ani nikogo nie ma, ani nic się nie dzieje. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem wyszłam dobrowolnie z jakiegoś konwentu tak wcześnie, jak z EZkonu, zwykle lubię zostawać jak najbliżej końca.

Żeby mieć co robić, w trzy osoby poszliśmy do kina, komentując miniony konwent (Zwierzogród fajny film, nawet polecam). Razem ze śpiochem mieliśmy podobne wrażenia: nudno, słabo i mało interesujących nas elementów które sprawiłyby, że ten konwent faktycznie byłby wart uczestniczenia w nim. Darzę organizację Animatsuri wielką sympatią i chciałabym pochwalić ich za wykonywaną robotę, ale niestety EZkon dał mi bardzo mało do tego powodów – miałam odczucie, że tak mało ludzi wykazało zainteresowanie konwentem, że straciło je nawet Stowarzyszenie. Nie tracę jednak nadziei i wierzę, że dołożą oni wszelkich starań, żeby ich następny konwent – flagowe Animatsuri – okazał się naprawdę dobrą imprezą; nowa lokalizacja i ciekawa konwencja na razie nastawiają jak najbardziej pozytywnie. Zostaje więc tylko przeboleć tak mierny konwent, jakim był Ezkon: Łan-Pancz Edition, i czekać na – mam nadzieję – lepsze czasy dla uczestników wydarzeń tej ekipy.

Autor: Shippo
Data: 22 kwietnia 2016, 16:26

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *