»Dead Cells – Recenzja (PS4)

Nie jestem wielbicielem trudnych gier. Jednak są takie gatunki, które wymagają od gracza… tego czegoś. Już na dziadku Pegazusie, królowały gry takie jak Contra, Ghosts n’ Goblins lub Castlevania. Lata mijają, a pewne rzeczy wciąż pozostają bez zmian. Hardkorowi gracze wciąż otrzymują wyśmienite produkcję takie jak Cuphead lub Hollow Knight, lecz nie o nich jest w dzisiejszym materiale mowa. Proszę państwa oto Dead Cells.

Gdybym miał streścić omawianą produkcję francuskiego Motion Twin w kilku zdaniach z pewnością przeważałyby superlatywami z obfitą ilością przekleństw. Dlaczego? Dead Cells to połączenie Rogalika* (nie takiego jadalnego oczywiście) z metroidvanią czerpiącą chociażby z wspomnianej serii Castlevania. Do tego całość okraszono szczyptą Soulsów prosto od From Software. Na początku podchodziłem do gry dość sceptycznie, lecz po czterdziestym podejściu do gry (oczywiście każde zakończoną niechlubną śmiercią) muszę przyznać, że Martwe Komórki są wciągające.

W grze wcielamy się w bezimiennego bohatera, który dzierżąc swój miecz przebija się przez  dziesiątki wrogów pokonując lochy, zamki i inne piekielne czeluścia. Brzmi banalnie? Pewnie tak… Lecz sam świat oraz główny bohater skrywa wiele tajemnic, które przy każdym podejściu odkrywamy z innej strony. Raz poznajemy ostatnie chwile więźnia z jednych cel wydrapane na ścianie, innym razem odnajdujemy zapiski strażnika pełniącego służbę w okolicznej wiosce, a jeszcze innym razem dowiadujemy się co nieco o naszym protagoniście. Tajemnic w świecie Dead Cells jest mnóstwo, a trzeba poświęcić wiele godzin, żeby poznać przynajmniej połowę z nich. 

Fabuła, fabułą… powinniśmy zadać sobie pytanie jaki jest najważniejszy ficzer tej gry, czyli gameplay? Nasz protagonista, który zresztą w pełni żywy nie jest, może być wyposażony w broń krótko jak i dalekodystansową. Co prawda zaczynamy z dość słabym mieczem, lecz z biegiem czasu i naszymi wygranymi w walce natrafimy na potężne kusze, łuki, magiczne miecze lub nawet buty do walki. Ponadto możemy wyposażyć się w dodatkowe granaty (zamrażające albo wybuchowe) lub trafić na inne przedziwne pułapki.

Należy jednak pamiętać, że mamy do czynienia z roguelikiem. Wszystkie przedmioty, jak i lochy są generowane losowo. Jedna śmierć powoduje u nas utratę wszystkich przedmiotów oraz progresu! Zginąłeś w trzecim lochu przez dwóch tarczowników? Trudno… Zaczynasz od samiutkiego początku… W tej kwestii należy zwrócić uwagę na aspekt „soulsowy” w grze – jest brutalnie wymagająca. Każdy pojedynek nawet z najsłabszym przeciwnikiem może nas szybko i skutecznie wyeliminować. Produkcja Motion Twin uczy nas, nie popełniania tych samych błędów w ekstremalnych sytuacjach. Dlatego po dłuższych sesjach pokonanie bossa, bądź większej ilości potężnych przeciwników jest szalenie satysfakcjonująca.

Wspomnę także, że wraz z progresem w grze możemy zdobyć stałe ulepszenia, które pozostają z nami mimo nieoczekiwanej śmierci – jednym z takich ulepszeń jest możliwość otrzymania eliksirów życia. Tego typu przedmioty czy też umiejętności, są wręcz wymagane, jeżeli chcemy przeżyć w dalszych etapach gry. A jest ich dość dużo – od skażonych piwnic, po wieże zegarowe, albo wnętrza większego zamku. Oczywiście jak w to metroidvaniach bywa, musimy także pewne umiejętności uzyskać, żeby dostać się do poszczególnych ukrytych pomieszczeń, albo etapów. A w tych pomieszczeniach proszę państwa często są poukrywane pożyteczne zwoje, które „wzmacniają” naszego bohatera o jeden z trzech poszczególnych atrybutów – „Brutalność”,” Taktyka” oraz „Survival”. Każdy z nich przypisuje się do stylu naszej gry. Brutalność – cechuje większe obrażenia na broń krótką i granaty, Taktyka – na broń dalekosiężną, a Survival na pułapki oraz bronie magiczne. Do tego oprócz zwoi znajdziemy także poukrywane specjalne bronie oraz jedzenie (w postaci kebaba, albo kurczaka), które zregenerują nam część zdrowia.

Jeżeli uda nam się opuścić dany poziom, to również  spotkamy na drodze NPC, którzy chętnie nam pomogą i przygotują na dalsze wojaże z potworami. U nich możemy ulepszyć nasz oręż, stworzyć nowe przedmioty, dodać modyfikacje dla naszego bohatera oraz zregenerować nasz pasek życia.

Ostatnim aspektem gry, o którym chciałbym wspomnieć jest grafika i ścieżka dźwiękowa, która idealnie wpasowuje w Castlevaniowy charakter gry rodem z Symphony Of The Knight. A Pixel-Artowa grafika cieszy oko i zapiera dech pięknymi czasami widokami na otoczenie. To chyba jest idealna rekomendacja dla fanów Retro.

Podsumowując – Dead Cells to jeden z czołowych kandydatów na indyczka** roku. Jest cholernie wciągający, satysfakcjonujący i powinien ucieszyć fanów retro. Obecnie gra wyszła na PC oraz Konsole, więc każdy zainteresowany nie powinien mieć problemów z zakupem. Tym bardziej kiedy nie kosztuje raptem  100 zł. Osobiście planuje  dłużej zagłębiać się świat w Dead Cells nie tylko na PS4, ale także przenośnie na Nintendo Switch.

*rougelike
*grę niezależną

Plusy
  • Wciągająca
  • Muzyka
  • Grafika
Minusy
  • Czasami masz ochotę wyrzucić konsole/peceta przez okno...

Ocena końcowa: 9-/10

Dziękujemy firmie Motion Twin za udostępnienie egzemplarza gry!

Autor: Mkali_Vector
Data: 26 sierpnia 2018, 15:03

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *