»Dark Souls II – Z pamiętnika Nieumarłego

[Poniższy tekst, choć przedstawia wydarzenia z gry w krzywym zwierciadle, wciąż może posiadać spoilery – nie czytajcie, jeżeli nie chcecie psuć sobie niektórych niespodzianek]

Drogi pamiętniczku…

U mnie wszystko w porządku. Tak jak pisałem wcześniej, stałem się Nieumarłym – mam ten dziwny znak na ciele i mogę zgarniać kasę z ubezpieczeń na życie, gdyż nie jestem w stanie umrzeć. Zawsze gdy stanie się coś złego, pojawiam się magicznie przy ostatnio odwiedzonym ognisku, jakby nigdy nic (gdybyś widział miny dzieciaków na biwakach – bezcenne). Mimo wszystko mówi się, że tacy jak ja w końcu zamieniają się w Pustych, a patrzenie się bezmyślnie w przestrzeń całe dnie nie należy do mojego ulubionego zajęcia. Stąd, pod namową biura podróży Tajemnicza staruszka Sp. z o.o., postanowiłem wyruszyć do odległej krainy, gdzie ponoć leczą takie rzeczy. Przyda mi się odpoczynek w spokojnej okolicy. Drangleic – nadciągam!

Dzień 1

Drogi pamiętniczku…

Przybyłem dzisiaj do królestwa Drangleic. Pomijając plagę owadów i wiry wodne podróż minęła mi nad wyraz spokojnie. Przywitały mnie tu trzy urocze staruszki, które uprzejmie wyśmiały mój pomysł (rzekomo nie jestem pierwszym, ani ostatnim, który na niego wpadł) i z uśmiechami politowania zapewniły, że na pewno dam sobie radę. Tak pokrzepiony i pełen nadziei ruszyłem przed siebie. W końcu co złego może się zdarzyć?

– – –

Trafiłem do uroczej nadmorskiej wioski. Położona na klifie, z pięknym widokiem na wiecznie zachodzące słońce (poważnie – dziwna sprawa, ale wioskowi mówią, że tu u nich tak zawsze). Ludzie dość przyjaźni, choć nieco dziwni. Jest kobieta, która wiecznie wpatruje się w dal i mówi, że muszę szukać czterech potężnych dusz, aby przetrwać, jest facet z wieczną depresją (znam ten typ – wiecznie smęcą, a potem zamieniają się w Pustaki), który powiedział mi dość sporo ciekawych rzeczy o okolicy, kowal, który wykorzystuje fakt zaginięcia klucza do jego pracowni jako wymówkę dla nic-nie-robienia (nie chciałem być nieuprzejmy sugerując, że zmieściłby się przez tę dziurę w ścianie, którą ktoś szumnie nazwał oknem), cichy i spokojny handlarz zbrojami i gadający kot. Bardzo sympatyczni ludzie… i koty.

– – –

Nie tracąc czasu zająłem się zwiedzaniem okolicy. Niestety nie wstrzeliłem się w turnus – całe królestwo pogrążone jest w chaosie i wygląda na to, że nie jest tu tak spokojnie, jak mi się wydawało. Całe szczęście jako wytrawny szermierz wprawiony w walce dwuręcznej wziąłem ze sobą dwa nagie miecze i ruszyłem na poszukiwanie dusz (dość moralnie wątpliwą walutę mają w tym królestwie). Pomimo kilku różnych możliwości, swoje kroki skierowałem w stronę starej twierdzy za lasem, która jako jedyna wydała mi się miejscem, w którym nie zginę w progu.

– – –

Notka do siebie – co mi odbiło, aby być wytrawnym szermierzem wprawionym w walce dwuręcznej?!

– – –

Dzięki bogom – znalazłem tarczę!

– – –

Chciałbym móc napisać, że moja pierwsza śmierć w Drangleic miała miejsce w trakcie epickiej walki z maszkarą większą niż sama forteca, ale… to nie byłaby do końca prawda (tylko nikomu nie mów). Idąc wzdłuż arkady oddzielającej korytarz od głównej nawy wielkiej sali, zauważyłem idącego w moją stronę Pustego z halabardą. Wyjdę naprzeciw z inicjatywą, pomyślałem, lecz głupi nie zauważyłem śpiącego po wieczornej balandze kolegi tegoż pana, który właśnie podnosił się na nogi po zauważeniu, jak zbliżam się dziarskim krokiem. Przeliczając pod kopułką swoje spadające szanse, rozpocząłem manewr wycofywania się w stronę drabiny, którą przyszedłem, ale szybko dotarło do mnie, że dwie dzidy w plecach utrudnią mi wchodzenie. Niefajna perspektywa – okrążę kolumnę, tę tuż obok ziejącej przepaści i zajdę łapserdaków od tyłu. Plan prawie się udał – nie przewidziałem, że potknę się o wbitą we mnie halabardę, zakołyszę niezręcznie, a potem zlecę telemarkiem dwa, może trzy piętra niżej. Prosto w ziejące płomienie, bo parter akurat stał w ogniu… naprawdę!

Dzień 2

Drogi pamiętniczku,

Kontynuowałem dzisiaj zwiedzanie twierdzy. Uniknąłem kilku zasadzek, nacieszyłem oczy ładnymi widokami oraz pokonałem potężną bestię znajdującą się w czeluściach budowli. Aha, spotkałem też kartografa z zanikami pamięci, który również mieszka w wiosce nad morzem. Obiecałem, że wpadnę do niego później na herbatę i zobaczę starożytną mapę krainy, którą znalazł u siebie w piwnicy.

– – –

Po odwiedzeniu kartografa (i przegonieniu pradawnego zła w postaci chodzącego szkieletu z jego piwnicy – powaga, czego to ludzie nie trzymają w chałupach) stwierdziłem, że wpadnę na ciasteczka do staruszek, które witały mnie w Drangleic. Była to też świetna okazja, aby zejść z wyznaczonego szlaku i rozejrzeć się dokładniej po przytulnej jaskini, w której żyją.

– – –

O, a więc tutaj schował się przewodnik-samouczek dla nowo przybyłych (heh… lepiej późno niż wcale…).

– – –

Chodzący na dwóch łapach ogromny hipopotam odgryzł mi głowę. Notka do siebie – nie sprawdzać, czy chodzące na dwóch łapach ogromne hipopotamy są pokojowo nastawione.

Ciąg dalszy nastąpi…

Autor: Nox_A15
Data: 20 marca 2014, 00:28

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *