»BlazBlue: Cross Tag Battle – Recenzja (PS4)

Bijatyki to dosyć niszowy gatunek. Prawda, większość z nas kiedyś pograła nieco w jakiegoś Tekkena 3 na PSX, albo kojarzy Street Fightera jako element historii naszego medium, ale dalej niewielu próbuje swoich sił w graniu „na poważnie”. Przekłada się to na ilość tytułów i brak zupełnie nowych marek. Producenci ciągną bardzo stare serie (np. Guilty Gear); wrzucają pojedyncze postacie z innych znanych dzieł (np. Predator w Mortal Kombat); wykorzystują istniejące marki aby wejść na rynek (np. Dragon Ball Fighter Z); albo mieszają kilka światów ze sobą, żeby poszerzyć grupę docelową (np. Marvel vs Capcom). Dzisiaj słów kilka o grze znajdującej się w ostatniej kategorii.

Mowa o wydanym na Nintendo Switch, PlayStation 4 oraz PCty Windows w czerwcu tego roku BlazBlue: Cross Tag Battle, dwuwymiarowej bijatyce „tag-team based”, czyli takiej gdzie gramy dwiema postaciami i możemy je zmieniać w trakcie walki, od znających się na rzeczy Arc System Works (odpowiedzialnych za serie Guilty Gear oraz BlazBlue). Wszystko opiera się na systemie walki znanym z Persony 4 Arena, ale o tym może za chwilkę. Twórcy pomieszali w swojej grze cztery światy: BlazBlue, Under Night In-Birth, Persona oraz RWBY. Mamy więc coś dla każdego, BB oraz UNIB dla fanów bijatyk; Persona dla jrpgowców; RWBY dla fanów animacji. Na pierwszy rzut oka to połączenie zupełnie nie ma sensu, ale wydaje mi się, że wybranie najbardziej charakterystycznych postaci z każdego z tych tytułów było strzałem w dziesiątkę, dzięki temu każdy może znaleźć postać, którą zna i lubi, a do tego każdą z nich gra się na tyle odmiennie, że to się szybko nie znudzi. Ponadto, może przerzucając się między bohaterami wciągniemy się mocniej w bijatyki i obczaimy inne tytuły? (P.S. Naprawdę polecam Under Night In-Birth, według mnie jedna z ciekawszych bijatyk ostatnich lat.)

Do dyspozycji graczy zostało oddanych 20 postaci na start oraz kolejne 20 zapowiedzianych jako zawartość do pobrania sezonu pierwszego. Ich dobór to nie jedyny element zachęcający graczy, którzy nie grają w bijatyki na co dzień. Mechanicznie mamy do czynienia z bardzo przystępnym systemem najmocniej przypominającym Personę 4 Arena. Cztery główne przyciski (3 ciosy + zmiana postaci), proste wklepywanie ciosów specjalnych przez ćwierćkółka i atak, brak typowego dashowania, automatyczne kombosy (podobnie jak w Dragon Ball Fighter Z), wszystko to składa się na tytuł, który został zaprojektowany, aby zachęcić jak najszersze grono graczy. Dzięki całkiem niezłemu samouczkowi, który prowadzi nas przez wszystkie podstawowe mechaniki, oraz trybowi wyzwań, pozwalającemu nam nauczyć się konkretnych ciosów i kombinacji wybranej postaci, jesteśmy w stanie w paręnaście minut wskoczyć w inne tryby.

Lokalnie możemy pograć oczywiście rywalizując ze znajomymi siedzącymi obok nas, tudzież ze sztuczną inteligencją. Oprócz tego jest tryb przetrwania, gdzie mamy ograniczoną ilość życia i nie zaczynamy kolejnych walk z pełnym paskiem. Dziwi mnie tylko brak takiego zwykłego „arcade”, wiecie, 8-10 walk pod rząd z coraz cięższymi przeciwnikami. Co prawda samemu przeważnie nie gram w takim trybie, ale wydaje mi się, że coś takiego powinno znaleźć się w każdej bijatyce. Zamiast tego mamy „Episode Mode”, składający się z prologu oraz czterech epizodów (po jednym na każdą grę wchodzącą w skład mieszanki), na każdy z nich przypada około 10 walk oraz scenki wprowadzające nas w fabułę. Szczerze mówiąc, tak jak potyczki są okej, wymagają od nas gryróżnymi duetami przeciwko różnorodnym przeciwnikom, co pozwala nam bardziej organicznie ogarnąć kim tutaj można grać i co on robi, tak sama narracja jest totalnym fanservicem. Ot, mamy bohaterów czterech gier, którzy zostali przetransportowani do innego świata i muszą zmierzyć się z resztą, aby powrócić do siebie. Nie dość, że mało oryginalnie, to jeszcze scenki przesiąknięte są anime kliszami (np. bohaterki walczące o głównego bohatera) do tego stopnia, że ciężko mi się to oglądało. Trzeba natomiast pochwalić to, że wszystkie kwestie czytane są przez aktorów i brzmi to nawet nie najgorzej.

Wszyscy wiemy jednak, że kampanie to nie jest to, na czym skupiają się bijatyki. Tutaj chodzi o stawanie się coraz lepszym, o rywalizację. Aby bijatykę uznać za dobrą granie przeciwko żywym przeciwnikom musi być na najwyższym poziomie, a za tym idzie dobrze zrobiony tryb online. Tutaj to jak najbardziej udało się twórcom. Na wzór Guilty Gear Xrd po menu i internetowych lobby biegamy miniaturką postaci po trójwymiarowych pokojach, gdzie możemy spotkać innych graczy, rzucać emotkami, pisać coś na czacie, itd. Aby stanąć z kimś do walki podchodzimy do specjalnych podiów, wciskamy przycisk i dosłownie po paru sekundach ładowania jesteśmy już w grze, tyle. Naszą drużynę wybieramy z poziomu menu, przed samą walką jedynie możemy wybrać, która ma wskoczyć jako pierwsza. Sprawia to, że bardzo szybko możemy rozegrać dużo gier, które są bardzo dynamiczne i potrafią się skończyć nawet w paręnaście sekund. Chcąc się odegrać możemy wybrać rewanż od razu po zakończeniu walki, co jeszcze bardziej skraca czas nie spędzony na naparzaniu się. Nie mamy tutaj czegoś takiego jak w Tekkenie 7, gdzie za każdym razem trzeba czekać minutę na załadowanie. Jeżeli chodzi o sam netcode to Arc System Works znają się na rzeczy, jedyne lagi, które mi się przytrafiły to te podczas synchronizacji graczy podczas animacji przed pojedynkiem. To wszystko mimo 1-2 kresek „zasięgu” (z 5 w skali).

Wizualnie tytuł szczególnie nie powala, mamy tutaj dwuwymiarowe sprite’y bijące się na trójwymiarowych arenach, od czego powoli się odchodzi na rzecz tytułów w pełni 3D (Guilty Gear Xrd, Street Fighter V). Co więcej, nie są one zbyt wysokiej jakości, widać aliasing (ząbkowane krawędzie) i sprawiają wrażenie, że zostały żywcem wyciągnięte z poprzednich tytułów. Spotkało się to też z krytyką fanów bijatyk, ponieważ nie dość, że mamy niewielką ilość startowych postaci, to jeszcze wyglądają jakby twórcy nie postarali się przy nich. Tak czy siak, nie można zbyt dużo na to narzekać, bo gra się przyjemnie, walki pomimo masy najróżniejszych efektów ciosów, spowolnień, czy migających świateł dalej są czytelne i jesteśmy w stanie ogarnąć co się dzieje na ekranie. W tle przygrywają nam aranżacje utworów ze składowych tytułów, oczywiście grzebali przy nich pierwotni kompozytorzy. Trochę wymieszane to wszystko, ale wpasowuje się w całość gry, nawet jeżeli czasem brakuje tego uderzenia znanego ze ścieżek dźwiękowych Daisuke Ishiwatariego.

Mimo tego, że BlazBlue Cross Tag Battle jest układanką składającą się z czterech, zupełnie różnych od siebie elementów, to udało się twórcom to połączyć w przystępną bijatykę, w której odnajdą się zarówno starzy wyjadacze, chcący na poważnie pograć online z ogarniającymi przeciwnikami, jak i nowi gracze, szukający rozrywki na kilka wieczorów w gronie znajomych. Nie nastawiajcie się tylko na długie godziny spędzone podczas gry solo, bo wtedy na pewno się zawiedziecie.

Plusy
  • Różnorodność
  • Przystępność
  • Jakość rozgrywek online
  • Cena
Minusy
  • Średnia oprawa wideo
  • Cienki tryb fabularny
  • Masa postaci w DLC
Autor: Izzy
Data: 17 sierpnia 2018, 15:23

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *